Relacja Nuncjusza w RPA: Prezentacja książki „Południe Afryki – moja miłość” w Kapsztadzie

Ilekroć zbliżam się do Kapsztadu, tylekroć odnoszę wrażenie, że przybliżam się do Europy, choć geograficznie jest przecież dokładnie odwrotnie. Samo miasto i jego okolice sprawiają, jakby człowiek przenosił się w świat śródziemnomorskich krajobrazów.

Nie są to wprawdzie Włochy, Chorwacja, Grecja czy Hiszpania, jednak z pewnością można odnaleźć tutaj coś z ich klimatu i niepowtarzalnego uroku. Morze otwierające człowieka na świat, majestatyczny Ocean Atlantycki, łagodna roślinność oraz wiatr niosący od oceanu przyjemną świeżość tworzą przestrzeń, która zachwyca od pierwszego spotkania. Trudno oprzeć się wrażeniu, że natura i historia zawarły tu wyjątkowy sojusz, dzięki któremu Kapsztad stał się jednym z najpiękniejszych miejsc południowej półkuli.

Choć Małogoszcz, z którego pochodzę, położony jest daleko nie tylko od Morza Śródziemnego, ale również od wszystkich innych mórz, w tym także od chłodnego Bałtyku, z biegiem lat zacząłem odkrywać, jak wiele śladów kultury śródziemnomorskiej obecnych jest również w mojej małej ojczyźnie. Historia Europy pokazuje przecież, że wpływy tej cywilizacji sięgały znacznie dalej, niż mogłyby sugerować mapy. Docierały także do niewielkich miasteczek, kształtując ich kulturę, duchowość i sposób myślenia.

Najbardziej widocznym znakiem tego dziedzictwa jest język łaciński, którego obecność można dostrzec nie tylko na tablicach znajdujących się we wnętrzu mojego rodzinnego kościoła, ale także na murach świątyni. Szczególnie zapadła mi w pamięć sentencja umieszczona nad renesansowym oknem zabytkowej plebanii: Virtute decet non sanguineniti – „Należy polegać na cnocie i własnych zasługach, a nie na pochodzeniu”.

Sentencja ta pochodzi z późno antycznej poezji rzymskiej, z panegiryku Klaudiana (Claudius Claudianus), De quarto konsulatu Honorii Augusti (wers 220), napisanego w 398 roku po Chrystusie. Ilekroć jako dziecko szedłem na katechezę, a później, już jako młody człowiek, przekraczałem próg plebanii, mój wzrok zatrzymywał się właśnie na tych słowach. Nie przypuszczałem wówczas, że po wielu latach będą mi one towarzyszyć również w kapłańskiej i dyplomatycznej posłudze.

Dopiero z perspektywy czasu zrozumiałem, że takie zdania, przeczytane mimochodem w dzieciństwie, potrafią kształtować człowieka bardziej niż niejedna długa lekcja. Wracają w chwilach podejmowania ważnych decyzji, przypominając, że prawdziwy autorytet rodzi się nie z urzędu ani z tytułu, lecz z uczciwości, odpowiedzialności i wierności własnemu sumieniu. Być może właśnie dlatego ta starożytna sentencja pozostała we mnie żywa przez wszystkie lata kapłaństwa i posługi dyplomatycznej.

Z dzieciństwa zachowałem również żywe wspomnienie niedzielnego pokropienia wiernych przed uroczystą sumą. Msza Święta była już sprawowana w języku polskim, jednak sam obrzęd pokropienia odbywał się jeszcze po łacinie. Do dziś brzmią mi w uszach słowa: Asperges me, Domine, hyssopo, et mundabor; lavabis me, et super nivem dealbabor. „Pokrop mnie, Panie, hizopem, a stanę się czysty; obmyj mnie, a nad śnieg wybieleję.”

To niezwykłe, jak mocno pewne słowa potrafią zapisać się w pamięci. Wystarczy usłyszeć je po wielu latach, aby natychmiast powróciły obrazy dzieciństwa, twarze bliskich ludzi, wnętrze rodzinnego kościoła i atmosfera tamtych niedziel. Z perspektywy czasu uświadamiam sobie, że były one nie tylko częścią mojego dorastania, ale również szkołą wiary, która kształtowała serce znacznie wcześniej, niż potrafiłem to zrozumieć.

Pamiętam również charakterystyczny zapach kadzidła. Jako ministrant najbardziej lubiłem pełnić funkcję turyferariusza. Po latach z ogromną radością odkryłem ten sam zapach w rzymskich bazylikach. W jednej chwili przywoływał wspomnienia dzieciństwa, a równocześnie uświadamiał mi, jak głęboko zakorzeniona jest jedność Kościoła. Niezależnie od języka, kultury czy kontynentu pozostaje on tym samym Kościołem Chrystusa, zachowując tę samą liturgię, tę samą modlitwę i to samo duchowe dziedzictwo.

Kościół ma niezwykłą zdolność przechowywania pamięci. Czasami czyni to poprzez wielkie dzieła sztuki i monumentalne świątynie, a czasami przez rzeczy bardzo proste – zapach kadzidła, melodię śpiewu czy słowa modlitwy powtarzanej od wieków. To właśnie dzięki nim człowiek odkrywa, że niezależnie od miejsca na świecie uczestniczy w tej samej tajemnicy wiary. Liturgia staje się wówczas językiem, który rozumieją wszyscy, nawet jeśli mówią różnymi językami.

Być może właśnie dlatego zarówno w Rzymie, jak i w Kapsztadzie nigdy nie czułem się całkowicie obcy. Łączy nas bowiem znacznie więcej niż geografia. Łączy nas wspólna cywilizacja wyrastająca z Ewangelii, tradycji chrześcijańskiej oraz dziedzictwa kultury śródziemnomorskiej, które przez wieki przenikało niemal całą Europę, a wraz z misjonarzami dotarło również na krańce Afryki.

Region Morza Śródziemnego kojarzy się nie tylko z niezwykłymi krajobrazami, ale także z charakterystyczną kulturą stołu. Jej ślady można odnaleźć również w Kapsztadzie i jego okolicach. Szczególne miejsce zajmuje tutaj wino. Tutejsze winnice słyną na całym świecie nie tylko z doskonałych trunków, ale również z niezwykłego piękna. Wiele z nich przypomina bardziej galerie sztuki niż gospodarstwa rolne. Pomiędzy starannie pielęgnowanymi rzędami winnej latorośli znajdują się rzeźby, obrazy, eleganckie restauracje i rozległe ogrody. Wszystko to harmonijnie wpisuje się w krajobraz gór otaczających Kapsztad, tworząc miejsca, w których piękno natury spotyka się z pięknem ludzkiej twórczości.

Choć w Polsce, ze względu na klimat, uprawa winorośli przez stulecia miała raczej symboliczne znaczenie, motyw wina niezwykle często pojawiał się w naszej kulturze, literaturze i pieśniach. Wystarczy przypomnieć popularną piosenkę Na zielonej Ukrainie, której refren zachęca: „Wina, wina dajcie…”, choć przecież ani w Polsce, ani tym bardziej na Ukrainie nie było ono napojem codziennym. Podobnie brzmią słowa starej, przedwojennej pieśni wojskowej: „Więc pijmy wino, szwoleżerowie, Niech smutki zginą w rozbitym szkle…”.

Historia pokazuje jednak, że szwoleżerowie znacznie częściej sięgali po inne trunki niż wino. Takich przykładów obecności kultury śródziemnomorskiej w polskiej tradycji można odnaleźć znacznie więcej. Być może właśnie dlatego Kapsztad wydaje mi się miejscem tak bliskim. Odnajduję tutaj nie tylko piękno afrykańskiej przyrody, ale również wiele subtelnych znaków przypominających o korzeniach cywilizacji, z której sam wyrastam.

Powodem mojego przyjazdu do tego pięknego miasta było tym razem przedstawienie mojej książki Southern Africa My Love. Part One (2024–2025), które odbyło się w kościele Najświętszego Serca Jezusowego w Green Point. Gospodarzem parafii jest nasz rodak, ks. Bogdan Buksa z diecezji sandomierskiej, który był jednym z głównych organizatorów tego wydarzenia. Jestem mu za to szczerze i serdecznie wdzięczny. Dzięki jego życzliwości, zaangażowaniu i gościnności całe spotkanie przebiegało w niezwykle serdecznej, niemal rodzinnej atmosferze.

Tego dnia program był wypełniony niemal co do minuty. Prezentację książki zaplanowano na godzinę osiemnastą, jednak już od rana czekało mnie kilka ważnych spotkań. Jak się później okazało, to właśnie te wydarzenia, których nie sposób było dokładnie przewidzieć, pozostawiły po sobie najgłębszy ślad. Często bowiem nie oficjalne uroczystości, lecz spontaniczne rozmowy i niespodziewane spotkania stają się najpiękniejszą częścią każdej podróży.

Rano udaliśmy się do kościoła Najświętszego Serca Jezusowego, aby przywitać grupę pielgrzymów z Korei Południowej, którzy uczestniczyli tam we Mszy Świętej o godzinie dziesiątej. Zarówno dla nich, jak i dla mnie było to spotkanie całkowicie nieoczekiwane. Korzystając z tej okazji, opowiedziałem im o posłudze Nuncjusza Apostolskiego oraz o misji Stolicy Apostolskiej we współczesnym świecie. Na zakończenie z radością udzieliłem wszystkim apostolskiego błogosławieństwa.

Patrząc na pielgrzymów przybyłych z tak odległego kraju, po raz kolejny uświadomiłem sobie, jak niezwykłą wspólnotą jest Kościół. W jednej świątyni spotkali się ludzie z Azji, Europy i Afryki, których połączyła nie wspólna kultura ani język, lecz ta sama wiara w Chrystusa. To jedna z najpiękniejszych cech Kościoła katolickiego – jego powszechność, która nie zaciera różnic, ale pozwala przeżywać je jako wzajemne ubogacenie. Każde takie spotkanie przypomina mi słowa Soboru Watykańskiego II, że Kościół jest sakramentem jedności całego rodzaju ludzkiego. W świecie, w którym tak łatwo buduje się mury, Ewangelia nieustannie uczy budowania mostów.

Zaledwie kilka minut spaceru od kościoła znajduje się siedziba Radia CapeTalk. Tam czekało mnie kolejne wydarzenie tego dnia – wywiad z panem Clarence'em Fordem, jednym z najbardziej cenionych i rozpoznawalnych dziennikarzy radiowych w Republice Południowej Afryki.

Od października 2022 roku prowadzi on codzienny program Views and News with Clarence Ford, emitowany w dni robocze od godziny dziewiątej do dwunastej. Dla mnie przewidziano trzydziestominutową rozmowę pomiędzy godziną dziesiątą trzydzieści a jedenastą. Clarence Ford ma za sobą ponad trzydzieści lat pracy w radiofonii. Karierę rozpoczynał w Radio Namibia, następnie związany był z Good Hope FM oraz Heart FM, gdzie zdobył ogromną popularność i uznanie słuchaczy. Gdy dołączył do Cape Talk, kierownictwo stacji określiło go mianem „instytucji radia”, podkreślając jego profesjonalizm, kulturę słowa oraz niezwykłą umiejętność prowadzenia rozmów z ludźmi reprezentującymi bardzo różne środowiska i poglądy.

Od pierwszych chwil dało się odczuć, że nie będzie to zwykły wywiad promujący książkę. Clarence Ford nie ograniczał się do pytań o fakty czy przebieg mojej posługi. Interesowały go przede wszystkim motywacje, wartości oraz przesłanie, jakie chciałem przekazać czytelnikom. Była to rozmowa o Kościele, o współczesnym świecie, o odpowiedzialności za drugiego człowieka, ale przede wszystkim o nadziei.

Już na początku naszej rozmowy padło pytanie, którego właściwie się spodziewałem. Clarence Ford spojrzał na okładkę książki, uśmiechnął się i zapytał: – Dlaczego właśnie Southern Africa My Love? Dlaczego miłość?

Pomyślałem wtedy, że jest to pytanie znacznie głębsze niż mogłoby się wydawać. Nie dotyczyło jedynie tytułu książki. Było pytaniem o sposób patrzenia na świat.

Odpowiedziałem, że mam wrażenie, iż we współczesnym życiu społecznym i politycznym coraz bardziej brakuje właśnie miłości. Żyjemy w czasach ogromnych możliwości, szybkiego rozwoju technologii i błyskawicznego przepływu informacji, a jednocześnie coraz częściej spotykamy się z agresją, wzajemną nieufnością i pogłębiającymi się podziałami. Tymczasem Chrystus, powierzając św. Piotrowi misję pasterską, nie pytał go o wiedzę, zdolności organizacyjne ani o doświadczenie. Trzykrotnie pytał jedynie:
„Czy miłujesz Mnie?”

Nie było to przypadkowe pytanie. Jezus pokazał w ten sposób, że każda autentyczna misja w Kościele rodzi się z miłości. Bez niej nawet największe zdolności pozostają niewystarczające. Przypomniałem również, że św. Jan pozostawił nam najkrótszą, a zarazem najgłębszą definicję Boga, pisząc po prostu: „Bóg jest miłością.”

Trudno znaleźć słowa prostsze, a jednocześnie bardziej wymagające. Jeżeli Bóg jest miłością, to również chrześcijanin nie może budować swojego życia na nienawiści, pogardzie czy pragnieniu dominacji nad innymi. Miłość nie jest jedynie pięknym uczuciem ani poetyckim hasłem. Jest decyzją, stylem życia i programem, który Chrystus pozostawił swoim uczniom.

Następnie nawiązałem do encykliki Ojca Świętego Leona XIV Magnifica Humanitas. Zwróciłem uwagę na jej piąty rozdział, w którym Papież przeciwstawia kulturze siły cywilizację miłości, ukierunkowaną na dobro wspólne. Podkreśla, że nie możemy zgodzić się z zasadą, iż rację ma wyłącznie silniejszy. W relacjach międzynarodowych nie powinno dominować prawo siły, lecz siła prawa. Państwo istnieje po to, aby służyć człowiekowi i chronić jego niezbywalną godność, a nie odwrotnie.

Rozmawiając z Clarence'em Fordem, uświadomiłem sobie po raz kolejny, że pytanie o miłość jest w gruncie rzeczy pytaniem o przyszłość naszego świata. Możemy tworzyć coraz doskonalsze technologie, budować potężniejsze gospodarki i rozwijać naukę, ale jeżeli zabraknie wzajemnego szacunku, solidarności i odpowiedzialności za drugiego człowieka, żaden postęp nie uczyni świata naprawdę lepszym. To właśnie miłość pozostaje najtrudniejszym, ale zarazem najpiękniejszym zadaniem człowieka.

Niestety, trzydzieści minut minęło niezwykle szybko. Pozostało jeszcze wiele tematów, których nie zdążyliśmy poruszyć. Umówiliśmy się jednak wstępnie na kolejne spotkanie, poświęcone błogosławionemu Benedyktowi Daswie przy okazji prezentacji jego biografii mojego autorstwa. Opuszczałem studio z przekonaniem, że była to nie tylko rozmowa o książce, lecz przede wszystkim szczery dialog o wartościach, które pozostają aktualne niezależnie od szerokości geograficznej.

Wieczorem ponownie wróciłem do kościoła Najświętszego Serca Jezusowego w Green Point. Ta piękna świątynia, położona w jednej z najbardziej charakterystycznych dzielnic Kapsztadu, stała się miejscem prezentacji mojej książki Southern Africa My Love. Part One (2024–2025). Wśród zgromadzonych znaleźli się przedstawiciele duchowieństwa, korpusu dyplomatycznego, środowisk akademickich, liczni wierni oraz przedstawiciele Polonii mieszkającej w Republice Południowej Afryki. Obecność tak wielu osób była dla mnie nie tylko wielką radością, ale przede wszystkim znakiem, że książka stała się okazją do spotkania ludzi reprezentujących różne środowiska, których połączyło zainteresowanie Kościołem i Afryką Południową.

Wieczór rozpoczął się serdecznym powitaniem wszystkich uczestników przez gospodarza parafii, ks. Bogdana Buksę, któremu raz jeszcze wyrażam głęboką wdzięczność za ogrom pracy włożonej w przygotowanie całego wydarzenia. Od pierwszych chwil dało się odczuć niezwykle życzliwą i rodzinną atmosferę. Nie była to jedynie promocja książki. Było to spotkanie przyjaciół, którzy pragnęli wspólnie zastanowić się nad pięknem i bogactwem Kościoła w południowej części Afryki. Książkę przedstawili J.E. bp Sithembele Sipuka, arcybiskup metropolita Kapsztadu, oraz J.E. bp Sylvester David, OMI, biskup pomocniczy archidiecezji Kapsztadu. Głos zabrał również J.E. Juan Luis „Cacho” Cabral, Zwierzchnik Rycerskiego Zakonu Bożego Grobu w Jerozolimie w Republice Południowej Afryki. W prezentacji uczestniczyli także J.E. bp Duncan Theodore Tsoke, biskup Kimberley, oraz J.E. bp Francis Fortunatus de Gouveia, emerytowany biskup Oudtshoorn.

W swoim wystąpieniu zwróciłem uwagę, że nieprzypadkowo właśnie Kapsztad stał się kolejnym miejscem prezentacji tej publikacji. To przecież tutaj rozpoczęła się historia Kościoła katolickiego w południowej Afryce. Miasto od wieków było bramą prowadzącą na ten kontynent, miejscem spotkania różnych narodów, kultur i tradycji. Stąd wyruszali misjonarze, którzy z odwagą i poświęceniem nieśli Ewangelię w głąb Afryki. W pewnym sensie właśnie tutaj zaczyna się opowieść o Kościele, który dzisiaj obejmuje miliony wiernych zamieszkujących kraje południowej części kontynentu.

Podkreśliłem również, że książka nie jest ani podręcznikiem historii, ani naukowym opracowaniem. Powstała przede wszystkim z wdzięczności. Jest zapisem spotkań z ludźmi, którzy każdego dnia budują Kościół poprzez swoją cichą i wierną służbę. Opowiada o biskupach, kapłanach, osobach konsekrowanych i świeckich, ale również o zwyczajnych rodzinach, młodzieży i dzieciach, których wiara niejednokrotnie stawała się dla mnie źródłem inspiracji. Chciałem, aby czytelnik odkrył Afrykę nie poprzez statystyki czy opisy problemów, lecz przez twarze konkretnych ludzi.

Powiedziałem także, że tytuł Southern Africa My Love nie jest literacką metaforą ani zabiegiem marketingowym. Jest prostym wyznaniem serca. Przez dwa lata posługi miałem możliwość poznać mieszkańców Republiki Południowej Afryki, Namibii, Botswany, Lesotho i Eswatini. Spotykałem ludzi różnych ras, języków i kultur, ale wszędzie doświadczałem niezwykłej życzliwości, otwartości i serdeczności. To właśnie oni sprawili, że Afryka Południowa stała się dla mnie czymś więcej niż miejscem pełnienia misji dyplomatycznej. Stała się domem, do którego każdego dnia coraz bardziej się przywiązuję.

Po zakończeniu mojego wystąpienia rozpoczęły się rozmowy z uczestnikami spotkania. Wielu z nich dzieliło się własnymi doświadczeniami życia w Kościele oraz refleksjami po lekturze książki. Pojawiały się pytania o rolę nuncjusza apostolskiego, o współpracę Stolicy Apostolskiej z poszczególnymi państwami oraz o wyzwania, przed którymi stoi współczesny Kościół. Rozmowy trwały znacznie dłużej, niż przewidywał program. Dla autora jest to zawsze największa nagroda. Książka przestaje być wówczas jedynie zbiorem zapisanych stron, a staje się początkiem dialogu i przestrzenią spotkania.

Szczególną radość sprawiły mi rozmowy z przedstawicielami Polonii. Choć od wielu lat mieszkają tysiące kilometrów od ojczyzny, wciąż zachowują głęboką więź z Polską, jej historią, kulturą i tradycją. W ich słowach wyczuwało się tęsknotę za krajem dzieciństwa, ale jednocześnie ogromną wdzięczność wobec Republiki Południowej Afryki, która stała się ich drugą ojczyzną. Takie spotkania przypominają, że polskość można pielęgnować niezależnie od miejsca zamieszkania, a wiara bardzo często pozostaje najtrwalszym pomostem łączącym człowieka z jego korzeniami.

Wieczór zakończył się podpisywaniem książek oraz licznymi indywidualnymi rozmowami. Patrząc na osoby ustawiające się w kolejce, pomyślałem, że każda książka rozpoczyna swoje prawdziwe życie dopiero wtedy, gdy trafia do rąk czytelników. Od tej chwili przestaje należeć wyłącznie do autora. Każdy będzie ją odczytywał przez pryzmat własnych doświadczeń, własnej historii i własnej wiary. I właśnie w tym tkwi niezwykłe piękno pisania – książka żyje dalej już własnym życiem.

Kiedy opuszczałem kościół Najświętszego Serca Jezusowego, nad Kapsztadem zapadał spokojny zimowy wieczór. Światła miasta odbijały się w wodach Zatoki Stołowej, a nad wszystkim górowała majestatyczna Góra Stołowa – od wieków milczący świadek historii tego niezwykłego miejsca. Pomyślałem wtedy, że każda podróż pozostawia w sercu jakiś ślad. Jedne uczą pokory, inne wdzięczności, jeszcze inne przypominają, jak wielkim darem jest spotkanie z drugim człowiekiem.

Tego dnia Kapsztad po raz kolejny stał się dla mnie nie tylko jednym z najpiękniejszych miast Afryki. Stał się miejscem, w którym jeszcze mocniej doświadczyłem powszechności Kościoła i życzliwości ludzi spotkanych na mojej drodze. Utwierdziłem się również w przekonaniu, że misja nuncjusza apostolskiego nie polega jedynie na reprezentowaniu Ojca Świętego wobec państw i Kościołów lokalnych. Jest przede wszystkim misją budowania mostów, umacniania jedności i niesienia nadziei.

Wracając tego wieczoru do nuncjatury, raz jeszcze spojrzałem na okładkę swojej książki. Uświadomiłem sobie, że jej tytuł nie jest jedynie wyrazem sympatii dla tej części świata. Jest przede wszystkim podziękowaniem. Podziękowaniem Panu Bogu za ludzi, których postawił na mojej drodze, za świadectwo ich wiary, za serdeczność, której nieustannie doświadczam, i za możliwość służenia Kościołowi właśnie tutaj, na południu Afryki.

Bo prawdziwa miłość do miejsca rodzi się nie z zachwytu nad jego krajobrazem, lecz ze spotkania z człowiekiem. To ludzie sprawiają, że ziemia staje się ojczyzną, a pełniona misja – domem. I właśnie dlatego z pełnym przekonaniem mogę dziś powtórzyć słowa, które stały się tytułem tej książki: Southern Africa, My Love. To nie tylko tytuł publikacji. To wyznanie wdzięczności za drogę, którą Opatrzność pozwala mi każdego dnia przemierzać.

✠ Henryk M. Jagodziński
NUNCJUSZ APOSTOLSKI W RPA, LESOTHO, NAMIBII, ESWATINI i BOTSWANIE

Pretoria, dnia 27 lipca 2026 r.